Tato, dziękuję, że nauczyłeś mnie łowić ryby i dałeś magiczną busolę

Klasyczna mądrość w prozaicznym wykonaniu

Patrzyłam na spławik, jak skakał po wodzie i siedziałam cicho. Nie rozmawialiśmy, żeby nie płoszyć ryb, a może dlatego, żeby wraz z łódką odpłynąć myślami wgłąb jeziora. Albo żeby na moment przestać myśleć. Siedzieliśmy tak długo. Czasem godzinami. A wstawaliśmy wcześnie, nieraz o 5 rano. Przez lata, nad tym samym jeziorem. Czasem coś złowiliśmy, czasem wracałam z pustym wiaderkiem. Mówiłeś, że to nie ma znaczenia ile płotek i szczupaków naliczę. Samo łowienie było przyjemnością i sensem.

Dziękuję, że zamiast dać mi rybę, dałeś mi wtedy wędkę i nauczyłeś łowić. Zgodnie z klasyczną mądrością, choć w wykonaniu zupełnie prozaicznym. Nie zdajesz sobie jednak pewnie sprawy, że dałeś mi magiczną busolę, bym mogła sama nawigować po małych jeziorach, głębokich morzach i najdalszych oceanach. Pozwól, że przypomnę Ci jak to było.

IMG_1528

Wyszło, nie wyszło, kto to wie…

Jest taka scena. Siedzę w domu rodziców na dzień przed wyprowadzką do Warszawy. Po rozstaniu, z rozpieprzonym i zawiedzionym sercem. Z wcześniejszym rozwodem na koncie, bez mieszkania, bez samochodu, bez pracy, bez nazwanych perspektyw. Wchodzi tata i kiwa głową.
– Oj Ancia Ancia, znów nie wyszło…
Patrzę na niego i bardzo bardzo nie chcę, ani by mi współczuł, ani by martwił się o mnie. Czuję ciężar swojej sytuacji, smutek, żal złamanego serca, lecz czuję też pewnego rodzaju podekscytowanie nowym. Taką subtelną radość i wolność po wyjściu z jakiegoś „niemojego” świata. Trudno to wytłumaczyć inaczej niż wewnętrzne przeczucie, że to zmiana na dobre.

– Wiesz…  to nie tak, że nie wyszło.. Może tak miało być. Może tak jest dla mnie lepiej… Tato, nie martw się, bo…
– Ależ  – przerywa mi – ja się o ciebie w ogóle nie martwię! Ty sobie zawsze dasz radę – mówi z uśmiechem i zupełnie niezaskakującym w jego przypadku spokojem, po czym wychodzi z psem na spacer. Uśmiecham się, mimo, że wewnątrz drżę ze strachu.

Dałam radę. Pół roku później byłam na właściwych torach, a 4 lata później jestem w najlepszym miejscu i najlepszej formie w życiu.

Nic się nie stało, czyli odholowane problemy

I druga scena. Lyon. Studia. Źle parkuję auto spiesząc się na kolację do ulubionego kolegi. Po kilku godzinach rozbawieni idziemy razem przeparkować je. Auta brak – zostało odholowane. Koszt 250€, czyli równowartość tego, co odłożyłam na przeceny, a zarobiłam sprzątając kancelarię prawną i sprzedając polskie Marlboro do sklepów Arabów. Płaczę z wściekłości i dzwonię do Polski.
– Boli cię coś?
– Nie!
– Nogi, ręce masz całe? To nic się nie stało. To tylko pieniądze – mówi rozbawiony tata – wracaj i baw się dobrze. Dziś i tak nic już nie załatwisz.
Wracamy do przyjaciół, a ta noc staje się legendarna i do dziś wspominana.

…jak ty to zrobiłaś, czyli zadziwienie zamiast krytyki

Mam osiemnaście lat. Do egzaminu na prawo jazdy uczyłam się jeździć głównie z tatą, który teraz stoi przy siatce i obserwuje spokojnie, jak oblewam na parkowaniu równoległym.
– Anusiu, co się stało?? Przecież ty tak dobrze parkujesz?
No tak.. No właśnie. Przecież tak jest. Następny egzamin zdaję bezbłędnie, a dziś mogę startować do konkursów na szybkie parkowanie tyłem, czy równoległe w najciaśniejszych lukach w mieście. Oficjalnie jestem mistrzynią szpagatów i parkowania 😉

I ostatnia scena. Podstawówka. Prywatna-społeczna szkoła z dość wysokim na tamte czasy miesięcznym czesnym. Podjeżdżamy pod szkołę i dostaję do ręki pieniądze za mnie i za młodszego brata. Wysiadamy, idziemy do szatni i zanim dojdę do sekretariatu nie mam już banknotów. Nie wiem jak, gdzie i kiedy je gubię. Płaczę i cały dzień myślę, że to koniec. Że rodzice mnie wypiszą z tej szkoły, że może nawet z domu mnie wyrzucą, że złość, że nerwy, że rozczarowanie… Wracam do domu i opowiadam, co zrobiłam.
– Anusiu, jak ty to zrobiłaś? Na takim krótkim odcinku… – pyta tato.
– Nie wiem…
I tyle w temacie. Czekam. Czekam. Nie dzieje się nic więcej, a następnego dnia znów jadę do ukochanej szkoły i znów zatrzymujemy się i ponownie dostaję od taty tę samą kwotę do ręki.
– Nie zgub dzisiaj proszę.
Nie gubię. Ani tego dnia, ani w następnych miesiącach.

Wewnętrzna busola, której ufasz, to najcenniejszy prezent

Nie mam w pamięci żadnych scen rozmów z tatą o życiu, wartościach i priorytetach. Nie pamiętam, żebym dostała jakieś dobre rady, czy sentencje warte odnotowania i cytowania. Był nawet czas, że odczuwałam brak takiego przekazu. Czas, kiedy nie umiałam zidentyfikować, po co byłeś i czego w sumie nauczyłeś mnie w dzieciństwie, tato. Ale im więcej sama zaczęłam rozumieć w życiu i o życiu, tym bardziej dostrzegłam co się wydarzyło i poczułam wdzięczność. Za to że usunąłeś mi się z drogi i pozwoliłeś mi po prostu sobie być. Nie dawałeś wytycznych, nie podtykałeś mapy „jak żyć”, nie nawigowałeś, nie korygowałeś (nawet kiedy prowadziłam auto, nigdy nie komentowałeś mojej jazdy z siedzenia pasażera), nie doradzałeś lepszej trasy. Zamiast tego zrobiłeś tylko – i aż – jedną fenomenalną rzecz – ustawiłeś moją własną wewnętrzną busolę, żeby w niezachwiany sposób prowadziła mnie przez życie.

Bo twoja wiara zbudowała moją odwagę

Dziękuję tato, za niezachwiane zaufanie do mnie, dzięki któremu sama sobie również ufam. Dziękuję tato, że nieświadomie nauczyłeś mnie najbardziej autentycznej i niepodważalnej wiary w siebie.

Dziękuję tato, że nigdy nie martwisz się o mnie, że ufasz, że sobie poradzę, nawet kiedy sama w to powątpiewam.

Dziękuję tato, za to że zawsze w trudnych sytuacjach nieświadomie zostawiałeś mnie z większą wiarą w moją przyszłość niż moja własna. Że robiłeś to nie z rozsądku, wyrafinowania, przemyślanego sposobu wychowania dziecka, ale ze zwyczajnie autentycznego odruchu. Dziękuję, że prawdziwie i szczerze we mnie wierzysz. Bo twoja wiara zbudowała moje poczucie własnej wartości i zajebistą odwagę.

IMG_1529

Popełnić błąd nie oznacza być błędem

Dziękuję tato, że nauczyłeś mnie, że popełnienie błędu nie oznacza bycie błędem. Że nauczyłeś mnie, że można zrobić coś źle, nie będąc samemu złym, ani głupim, ani niewystarczającym.  Dziękuję, że dałeś mi przyzwolenie na bycie nieidealną, a może nawet rozbawiony cieszyłeś się, kiedy w moim ambitnym i surowym autokrytycyzmie i destrukcyjnie narzucanym perfekcjonizmie pojawiały się chwile ludzkiej słabości. Może nic mi nie mówiłeś, a oddychałeś wtedy z ulgą.

Najlepszy nauczyciel nie daje lekcji

Zabawne, że z dzisiejszej perspektywy mogę też śmiało powiedzieć, że byłeś moim pierwszym nauczycielem medytacji. Na moich jogicznych wyjazdach też wstajemy o 4:30 rano i w ciszy, bezruchu siedzimy patrząc na przestrzeń trzeciego oka jak na spławik na tafli jeziora. Umiem to od kiedy skończyłam pięć czy sześć lat, zanim poznałam słowo medytacja. Bo chodziłam z tatą na ryby i robiłam to, co on.
PS. Podoba Ci się tekst, albo utkwiło Ci jakieś zdanie, które weźmiesz dla siebie? Daj mi proszę sygnał i kliknij polubienie poniżej – taką gwiazdkę. Dzięki.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s